Szczególnie związani z parafią

O. Leon Knabit OSB urodził się 26 grudnia 1929 roku w Bielsku Podlaskim w rodzinie Aleksandra (1903–1943) i Aleksandry z domu Magdziarek (1906–1992). Na chrzcie nadano mu imię Stefan. Kiedy miał zaledwie 10 lat rozpoczęła się II wojna światowa. Dla jego rodziny był to czas bardzo trudny. Ojciec rodziny – Aleksander Knabit, który pracował jako listonosz, został zamordowany przez gestapo w 1943 roku. Rozmówcy o. Leona zauważają, że kiedy opowiada on o swojej mamie albo o tacie, nigdy nie używa innego zwrotu, jak „mamusia” i „tatuś”, co jest pięknym świadectwem relacji, jakie przez całe życie łączyły go z rodzicami. Stefan ukończył I Liceum Ogólnokształcące im. Bolesława Prusa w Siedlcach. W latach 1945–1948 należał do Związku Harcerstwa Polskiego; był zastępowym.

Następnie podjął 6-letnią formację do kapłaństwa w siedleckim Wyższym Seminarium Duchownym (1948–1954). Jak sam mówi, jego decyzja o wstąpieniu do seminarium duchownego w Siedlcach „nie była czymś nadzwyczajnym” gdyż powołanie rozwijało się stopniowo. Święcenia kapłańskie przyjął w Siedlcach 27 grudnia 1953 od biskupa Ignacego Świrskiego. Przez kilka miesięcy w 1954 administrował podnowotarską parafią w Gronkowie. W 1955 pełnił funkcję rektora kościoła w Brzegach. Od września do grudnia 1955 duszpastersko pomagał w Rozwadówce, a do czerwca 1956 był ojcem duchownym Małego Seminarium Duchownego w Siedlcach. W latach 1956–1958 był kapelanem i rektorem Domu Diecezjalnego w podżywieckiej Pewli Małej, w Beskidzie Żywieckim, w granicach ówczesnej archidiecezji krakowskiej. Tutaj, w lutym 1958 r. poznał ks. Karola Wojtyłę. 

Pomimo, iż ks. Stefan Knabit należał do duchowieństwa diecezjalnego, w swoim wnętrzu rozeznawał powołanie do życia konsekrowanego. Dlatego też w roku 1958 podjął decyzję o wstąpieniu do klasztoru (podówczas jeszcze przeoratu) benedyktynów w Tyńcu, przyjmując zakonne imię Leon – na cześć świętego papieża Leona Wielkiego. Tutaj znowu skrzyżowały się drogi o. Leona i ks. Karola Wojtyły. Spotkali się ponownie po kilku miesiącach tego samego roku ...w Tyńcu.  W swojej książce "Spotkania z wujkiem Karolem" o. Leon wspomina: "W lipcu 1958 r. uzyskałem bowiem zgodę na wstąpienie do klasztoru (»wprowadziłem się« tam dokładnie 16 lipca). On natomiast na początku sierpnia przyjechał do Tyńca na indywidualne rekolekcje. - A ksiądz co tu robi? - zapytał. - Ja - odpowiedziałem jestem tu kandydatem. - Cooo? - nie krył zdumienia. Widać nie dowierzał, że młody, nie bardzo opanowany ksiądz może się przemienić w poważnego benedyktyńskiego mnicha". Ks. Wojtyła został wkrótce biskupem. Przez dalsze lata swej posługi kapłańskiej w Krakowie i w Rzymie, już jako papież, dawał w trakcie spotkań liczne przykłady sympatii i szacunku wobec zakonnika benedyktyńskiego. O. Leon przytacza definicję benedyktyńskiego mnicha, jakiej autorem był papież Polak, a inspiracją, sam o. Knabit. Otóż według tej definicji „mnich benedyktyński to kupa kości owinięta czarnym materiałemTakie i inne, podobne wypowiedzi o. Leona pokazują z jakim dystansem potrafił i wciąż potrafi podchodzić nie tylko do życia, ale również do samego siebie. 

Od 1959 do początku lat 90. o. Leon pracował jako katecheta. Śluby zakonne złożył 15 sierpnia 1960, śluby wieczyste tego samego dnia 3 lata później. Lata 1963–1970 to okres, kiedy urzędował jako proboszcz w parafii w Tyńcu. W 1972 otrzymał absolutorium zaocznych studiów katechetycznych. Od 1979 należy do Ruchu Kultury Chrześcijańskiej „Odrodzenie”. Od 1977 do 1983 był podprzeorem opactwa w Tyńcu. W latach 1983–1993 był przeorem w archidiecezji poznańskiej w Lubiniu. W 1988 został proboszczem parafii Najświętszej Marii Panny w Lubiniu (do 1991). W latach 90. XX w. wrócił do opactwa w Tyńcu, gdzie pełnił obowiązki podprzeora (1994–1999 i 2002–2005) oraz przeora (2001–2002).

O. Leon znany jest ze swojej otwartości, dobrego kontaktu z młodzieżą i poczucia humoru. Podczas jednego z spotkań przytacza powiedzenie powstałe już w latach 70-tych, które mówi, że „Pan Bóg jest dowcipny, każdy się przekona, bo stworzył żyrafę i ojca Leona”. Benedyktyn jest autorem kilku publikacji; pracuje w mediach. Prowadził programy w Telewizji Polskiej „Ojciec Leon zaprasza”, „Salomon” oraz „Credo”; był jednym z redaktorów półrocznika „Cenobium”. Prowadził także program „Ojciec Leon zawodowiec” w kanale Religia.tv. Od 2017 roku jest współprowadzącym program „Sekrety mnichów” w TVP1. Mimo, że przekroczył już 90 rok życia jest wciąż bardzo aktywny w mediach społecznościowych. 

W maju 2007 otrzymał nagrodę Laur Krakowa XXI wieku. 23 grudnia 2009 „w uznaniu wybitnych zasług w działalności duszpasterskiej, za krzewienie wiary i zasad moralnych wśród dzieci i młodzieży” został odznaczony Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski. W 2012 otrzymał nagrodę Blog Roku 2011 w kategorii blogi profesjonalne.

Został ambasadorem zorganizowanych w Krakowie Światowych Dni Młodzieży 2016. 22 września 2017 odznaczony Orderem Uśmiechu.

Ojciec Leon to postać nietuzinkowa. Słynie z pogody ducha. Wszędzie jest rozpoznawalny i wobec wszystkich bardzo otwarty. Chętnie rozmawia, ale jest też pobożnym mnichem, zawsze przede wszystkim dającym świadectwo o swojej wierze, o której potrafi mówić w sposób prosty, choć głęboki. 

W roku 2020 o. Leon przechodził Covid. Chorobę udało mu się jednak przezwyciężyć. Zresztą, kiedy odwiedził pierwoszyńską parafię w wakacje roku 2020 to na powitanie powiedział: „Jeszcze żyję. Ale to dlatego, że przełożeni zakazali mi w tym roku umierać, a ja musze być im posłuszny”. Parafianie doskonale wiedzą, że o. Leon od lat związany jest z Pierwoszynem i okolicznymi miejscowościami. Sam mnich benedyktyński poproszony, aby opowiedzieć o tym związku, wraz z życzeniami wszelkich duchowych łask dla całej pierwoszyńskiej wspólnoty, przesłał na parafialny adres e-mail następującą historię:

Od jesieni 1997, każdego roku przyjeżdżałem na dwutygodniową kuracje do Gdyni. Podczas tej kuracji korzystałem z gościny ojców franciszkanów, a głównie niezapomnianego przeze mnie nigdy księdza prałata Edmunda Wierzbowskiego z parafii NMP. Z lekarzem, drem Łopacińskim współpracowaliśmy zgodnie. Prosił on mnie nieraz, bym porozmawiał z niektórymi pacjentami, którym poza lekarzem przydać się mógł i kapłan. Czasem odwiedzaliśmy pacjentów. Tak trafiliśmy pewnego razu do pp. Szydowskich, mieszkających właśnie na terenie parafii Pierwoszyno, najpierw przy ulicy Orzechowej, a potem przy Wiśniowej. W domu przy Orzechowej witaliśmy z ostrożnym optymizmem 1 maja 2004 wejście do Unii Europejskiej. 23 lipca 2008 byłem zaproszony na poświęcenie nowego domu, przy ul. Wiśniowej. Wtedy właśnie poznałem pierwoszyńskiego proboszcza, ks. Stanisława Ziółkowskiego. A ponieważ akurat kończyły się możliwości pobytu na gdyńskiej plebanii, ksiądz proboszcz zaproponował mi gościnę u siebie. Na moje zastrzeżenia, że to poza Gdynią powiedział, że spod kościoła odchodzi autobus do miasta, a zresztą zawsze znajdzie się ktoś, kto może samochodem do Gdyni „podrzucić”. W ten sposób korzystałem z gościny parafii Pierwoszyno do roku 2019. Z wiernymi miałem kontakt głównie liturgiczny. Codziennie odprawiałem Mszę św., w której brała udział relatywnie spora grupa wiernych, miejscowych i przyjezdnych wakacyjnych gości. W niedziele głosiłem homilie, czasem na wszystkich Mszach świętych. Niekiedy ksiądz proboszcz brał mnie ze sobą na odwiedziny parafian, głównie bardzo wiekowych albo chorych – po wypadkach, albo tam, gdzie niekiedy gromadziło się paręnaście osób, które miały okazje do spotkania się z księdzem nie tylko w celach towarzyskich, ale i by usłyszeć odpowiedzi na nurtujące ich problemy. Ksiądz proboszcz raczej słuchał, niż mówił. Odpowiadał krótko, rzeczowo, zawsze z szacunkiem dla rozmówcy. Stosunek do ludzi miał ciepły, serdeczny, zwłaszcza do dzieci (ale nic z pedofilstwa). Czuć wszakże było pewien dystans. Był pasterzem, a nie „bratem łatą”. Jeśli były do dyspozycji książki religijne mojego autorstwa, dawało to okazję do kontaktów duszpasterskich, gdyż przez każde dwa tygodnie przychodziło parędziesiąt osób z prośbą o autograf, co łączyło się z krótszą lub dłuższą rozmową. Wierni cenili swego duszpasterza za to, że dbając o życie duchowe parafian, pilnował także spraw materialnych; to dach, to dziedziniec, to ściany. Kościół i jego otoczenie były wzorem estetyki. Dobre też były relacje ze współpracownikami. Pani Krysia niezrównana w kuchni, niezmordowana w zdobieniu kościoła, animatorka kameralnego zespołu śpiewaczego, który ubogacał modlitwę podczas niektórych Mszy św. Pan Tomasz –organista, zawsze usłużny, który w miarę potrzeby pełnił funkcję kościelnego był na chórze w każdą niedzielę i przez większość dni powszednich. Księży wikariuszy było paru. Podobno czasem zdarzał się jakiś zgrzyt, ale nie byłem tego świadkiem. Kapłani stanowili jednolite prezbiterium, zwłaszcza że uproszono u Boga jedno powołanie, a emerytowany proboszcz, ks. kanonik Zygmunt Karczewski, otoczony był cierpliwym szacunkiem.

I tak paradoksalnie słaby stan zdrowia przyczynił się do tego, że spotkałem się z piękną kaszubską parafią i z gorliwymi duszpasterzami. Wdzięczny jestem za gościnę na plebanii – bo przecież plebanię utrzymuje parafia. I odwdzięczam się modlitwą, jak potrafię.  

Na koniec szczególne podziękowanie obecnemu proboszczowi, ks. Kanonikowi Rafałowi Dettlaffowi, który podtrzymując tradycję gościnności swego zmarłego zacnego Poprzednika, powiedział: „dla ojca Leona Pierwoszyno zawsze otwarte”. I w ubiegłym roku mogłem już z tej otwartości skorzystać, podejmowany z taka samą serdecznością, jak dotychczas. Niestety, mój stan pocovidowy nie pozwoli mi tym razem odbyć kuracji w zwykłym, wakacyjnym czasie. Może do odwiedzin Pierwoszyna dojdzie jesienią. Wszystko w ręku Boga…

Niech Kościół Boży, którego piękną cząstką jest Parafia Pierwoszyńska, rośnie w liczbę i w zasługi przed Bogiem i przed ludźmi.

Używamy plików cookies Ta witryna korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Prywatności i plików Cookies .
Korzystanie z niniejszej witryny internetowej bez zmiany ustawień jest równoznaczne ze zgodą użytkownika na stosowanie plików Cookies. Zrozumiałem i akceptuję.
128 0.097972869873047